2014, please be... No, no. New day, please be awesome!




Na spokojnie, pod kocem, psikając i kaszląc, tak spędzam czarująco Sylwestra. Czarująco, bez ironii, bo naprawdę w jakiś dziwny sposób cieszę się, że mogę trochę po przymulać przy filmie i dobrym ciastku. Mały skok z 2013 do 2014. Ludzie mogą się zmieniać niekoniecznie z roku na rok, ale również z dnia na dzień. Zmieniać - podejmując nowe wyzwania i próbować nowych rzeczy, a także po prostu codziennie czerpać przyjemność z życia. Z przebywania z ludźmi, przeczytanych książek, obejrzanych filmów. 
Takich prostych, pięknych rzeczy Wam życzę... spełnienia wszystkich marzeń i wiary w siebie i innych ludzi! :)

A little magic around me /christmas time


Święta za pasem, terminy gonią jak szalone, a ja jak zwykle, chciała bym po prostu ten miesiąc zwyczajnie przesiedzieć. Przy świeczkach, kakao, książce, filmie... nawet zwyczajnie pogapić się na świąteczne światełka czy zmarznąć na dworze. Oczywiście tę ostatnią rzecz mogę doświadczać ostatnio ciągle jadąc na uczelnię... no ale narzekanie na zimno kiedy jest zima... cóż, chyba mija się z sensem? Byle do 20 grudnia!

Tym samym, chciałabym Wam przedstawić moje mało oryginalne sposoby, aby przeżyć przemiło ten grudniowy czas. Przemiło? Ktoś by powiedział, że za wielkich słów używam... no, ale tak właśnie czuję się kiedy stwarzam wokół siebie tę małą, świąteczną aurę. Zresztą oceńcie sami.

Jak możecie dostrzec (minimalnie) na powyższym średnio-przerobionym-pseudo-świątecznym zdjęciu moje lektury na grudzień są planowo związane z kierunkiem moich studiów. Do czytania mam zatem "Historię wzornictwa" Penny Sparkle i "O sztuce" E.H. Gombricha. Obie lektury polecam. Szczególnie świetne spojrzenie na sztukę Gombricha, uciętą maksymalnie z nudnych frazesów dla zwykłego, przeciętnego zjadacza chleba. Choć może jeszcze mnie coś zaskoczy, bo jeszcze jej nie skończyłam. 


Ogarnął mnie w tym roku szał świeczkowy. Waniliowo-cynamonowe, pomarańczowe, owocowe, wszelkiego rodzaju, które rozpalają świąteczną aurę w moim pokoju. Szkoda, ze portfel na tym cierpiał (i nadal cierpi). Idealne do czytania książek i picia herbaty, siedzenia przed komputerem, rysowania, malowania, robienia wszelkich kreatywnych rzeczy (pod warunkiem, że SAMO miejsce pracy wspomożecie dodatkową lampą ;). Ostatnio mam taki nawyk, że pierwsze co robię gdy wracam z dworu to właśnie zapalam świeczki. Nie wiem co zrobię jak skończy się zima, a na dworzu zacznie się robić coraz jaśniej. Chyba będę siedziała w piwnicy. Byle ciemno!


Suszone pomarańcze. Idealne na choinkę, do ozdób, do prezentów. Przenosi mnie trochę w czasy gdzie wszystkie ozdoby na choinkę były wykonywane własnoręcznie lub po prostu były naturalne - tak, tak nie żyła wtedy, ale lubię słuchać opowieści starszych pokoleń. Marzy mi się jeszcze łańcuch z malutkich szyszek, pomalowanych na złoto lub srebrno.


Wszystko co błyszczące. Brokatowy, czerwony, złoty czy biały. Połyskujące i mieniące się lakiery do paznokci jak najbardziej na piedestale i gdzieś na widoku. Ten różowy z brokatem wyjątkowo ciężko się zmywa (taka mała nic nie znacząca uwaga, bo wiadomo, że 'trzeba' trochę dla takich rzeczy się poświęcić ;)


Cudeńko, które o dziwo nie wydawało mi się na pierwszy rzut oka tandetne. Choć zwykle właśnie tak reaguję na sztuczne 'błyskotki', podobne a'la do kryształków. Jakiś czas temu wypatrzyłam go w Mohito. Jednak widząc cenę 35 zł, jakoś tak... starałam się o nim zapomnieć. Wyszukany jednak na allegro za 25 zł, jak widać dała mi nową nadzieję na jego posiadanie. Jest świetny, pasuje do wszystkiego (no może przesadziłam), ale do białych, czarnych bądź biało-czarnych (melanż -nie chodzi tutaj o imprezę) prezentuje się niezwykle świątecznie. Do innych kolorów też się zdecydowanie nada.


Samotny piernik. Długo nie czuł się jednak samotny... ale za to był całkiem smaczny. Ten kolega niestety, nie jest mojego wykonania, ale sama planuję niedługo zrobić chatkę z piernika jak rok temu. No i oczywiście malutkie pierniki. Kończąc tym smacznym akcentem idę zrobić sobie kakao! Po raz 3 w tym dniu...

Da Vinci's Demons / Demony Da Vinci (2013) - serial TV


'Nothing strengthens authority so much as silence.'

W związku z obietnicą, przerywam leniwy weekend i z niekłamaną przyjemnością skrobię tego króciutkiego posta... recenzję 1 sezonu Demony Da Vinci. 

Natknęłam się na niego dzięki mojej koleżance, która stwierdziła, że 'koniecznie muszę go obejrzeć'. No i co tu dużo mówić? :) Miała rację. Gdy obejrzałam 1 sezon z ciekawości weszłam na filmweba żeby zobaczyć jak oceniają go inni. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to takie hasła jak: 'dno totalne' czy 'słaby serial', jednak ze zdumnienia zaczęłam trochę przecierać oczy... bo takich opinii pojawiło się zdecydowanie więcej. Oczywiście wytykane są 'liczne' błędy, a wszystko na końcu generalizowane jako 'wielkie zło tego świata' (czyt. strasznie niedobry serial). Nie rozumiem, skąd chęć u ludzi naginania rzeczywistości do seriali i filmów. Wszystko ma być takie jakie jest (czy było) w prawdziwym życiu, idealnie odwzorowane. I nie piszę tego, aby potępić takie myślenie (bo w sumie to... rozumiem, bo niegdyś też tak myślałam i silnie się oburzałam), ale z każdym kolejnym filmem i serialem zdaję sobie sprawę, że po prostu zaczynam nabierać zdrowego dystansu. W końcu filmy, seriale mają prawo być pewnego rodzaju oderwaniem - jak to każdy sobie zinterpretuje to już jego sprawa.

Ale do rzeczy... Serial mi się bardzo podoba (jak na razie) i może to słowo 'bardzo' może wydawać się trochę naciągane to jednak muszę stwierdzić, że po prostu miło oglądało mi się ten 1 sezon... Czekam zdecydowanie na następny. Aktorzy są fajnie 'zarysowani', sama postać Leonarda Da Vinci też fajnie ukazana (faktycznie 'parę' rzeczy-faktów na jego temat się nie zgadza, to jednak bądź co bądź jego postać zdecydowanie przyciąga uwagę widza i co więcej... skłania to widza zgłębienia jego biografii). Odniosłam wrażenie, że twórcy tego serialu nie planowali, aby odbierać ten serial jako nierozerwalnie związany z faktami historycznymi, ale cóż (jak by to trywialnie nie zabrzmiało) po prostu miły odpoczynek dla widza. I sam fakt, że istnieją nawiązania do geniuszu Da Vinci'ego i epoki w której żył jest dla mnie cudownym plusem. Typowy, główny bohater i jego pomysły stale są w centrum zainteresowania. No i jego przyjaciele, stale gotowi, aby ratować tyłek swojego Mistrza. Swoją drogą, wspominając już o tym tyłku... Całkiem niezły aktor. Trzeba także przyznać, że w pewnych momentach jest po prostu zabawny. Podsumowując, idealne odstresowanie.

Nie jest to oczywiście, pozycja 'obowiązkowa', ale jeżeli macie trochę czasu, musicie się odstresować czy po prostu chcecie zagospodarować minutkę pomiędzy herbatą, a ciastkiem... to zdecydowanie polecam :)

/może jak wskoczy mi jeszcze jakaś myśl na temat Demonów Da Vinciego to zrobię małą edycję i dodam parę akapitów

Almost, almost... December!

W związku ze zbliżającymi się WIELKIMI krokami świętami (a tym samym grudniem!), już w mojej głowie lecą w wersji świątecznej utwory Franka Sinatry i Michaela Buble, na biurku paruje gorąca herbata z cytryną, a ja specjalnie idę się wcześniej myć, aby ubrać swoją piżamę w mikołaje. Oczywiście jak mi czas pozwala... albo inaczej: jak ja sobie na to pozwalam. Oczywiście, cały dzień nie robię wszystkiego co pożyteczne, bywało, że obijałam się przed nowo odkrytym serialem (a o tym już jutro!) lub po prostu myślałam: co by tu zrobić, aby nic nie robić. Tak czy owak, udawało mi się w końcu coś narysować, coś namalować czy coś 'projektować', czy po prostu coś 'kreślić' (chociaż tej czynności zdecydowanie starałam się unikać - geometria wykreślna). Takie mam studia, pochłaniają trochę czasu. Narzekam, tak, narzekam. Już chyba coś takiego mam w swojej naturze.

I trochę tutaj zaniedbałam tę przestrzeń. A lubię tę przestrzeń. Nawet bardzo.

Wcielam w tym 'grudniowym czasie' parę zasad, które postaram się 'praktykować' każdego dnia. I tak wpadłam na pomysł, że byłby to całkiem ciekawy post. Może uda mi się w najbliższym czasie coś naskrobać. Miłego dnia!

must see #1


Jeżeli będę miała okazję to na pewno zobaczę. Jeden z najbardziej obiecujących polskich filmów, zarówno jeżeli chodzi o historię jak i grę aktorów.

thought for the day #3



Myślę, że tak samo jest z urodą ludzi. O wiele ciekawsze są dla mnie osoby, które nie są ładne, a nawet piękne - w ten oczywisty sposób wykreowany przez świat. Wolę dostrzec załamania nosa, nieasymetryczność twarzy, nawet nierówne zęby czy dziwny kolor oczu. Ciekawość i piękno zewnętrzne, które zdarza mi się dopatrywać w innym człowieku nie zawsze tkwi w perfekcyjnej, klasycznej urodzie... ale po prostu nieoczywistej.

The Mortal Instruments: City of Bones / Dary Anioła: Miasto Kości (2013)

czas trwania: 2h, 10 min  produkcja: Niemcy, 
USA
The boy never cried again, and he never forgot what he'd learned: that to love is to destroy, and that to be loved is to be the one destroyed.


Adaptacja książki.

Na ten film szczerze mówiąc, myślałam, że się nie doczekam. Może to kwestia czasu, ale zawsze wydawało mi się, że zanim puszczą go na kinowe ekrany to pewnie będę już babcią na bujanym fotelu... a tu proszę miła niespodzianka, bo nie mam skończonych jeszcze 20 lat :)

Nie wiem, czy to sentymenty czy nie, ale ekranizacja wydała mi się całkiem fajna. Po mimo tylu niedociągnięć, niedopowiedzeń, bardzo szybkiej akcji, nic nie było w stanie popsuć mi tych chwil spędzonych w kinie, bo wszystkie moje emocje ciągle wirowały wokół tej książkowej, pierwotnej wersji.

Pierwszy raz chwyciłam tę książkę w gimnazjum... więc nie ma co się dziwić, że była to dla mnie podróż wehikułem czasu /choć pewnie znów przesadzam/. Jednak ciągle nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że zamiast powoli wprowadzić widza w całą historię (a raczej w kompletnie inny świat), wrzucili wszystkich na głęboką wodę. Brakowało mi 'subtelnego' (dziwnie to brzmi, ale cóż) wstępu. Miałam wrażenie, że akcja gnała jak oszalała, byle żeby wepchnąć na siłę wybrane momenty... jakby z obawy, że nie starczy minut, aby opowiedzieć całą historię. Plus? - widz nie może się nudzić, minus? - zbyt dużo informacji na raz, może wywołać  niezłą konsternację u książkowego mola, który czytając był delikatnie wprowadzany w fabułę, a tutaj proszę... Nagle serwują mu wszystko na tacy. Można powiedzieć, że tego typu ekranizacje to jawne gwałty na książkach /z góry przepraszam, innej metafory nie znalazłam >.</.

Co do bohaterów... czy nie mogli znaleźć innej Isabelle? T.T Zapamiętałam ją z książki jako oszałamiającą piękność, a tutaj ciągle musiałam szczypać samą siebie, żeby upewniać się, że aktorka grająca Isabelle, cicha myszka z wyglądu to naprawdę ONA. Nie mogli znaleźć innej aktorki? Jakoś dziwnie, nie mogłam tego przeżyć. Co do Jace'a - czytałam różne opinie w internecie, ale znając tego aktora z serialu Camelot (którego emisję łajdaki przerwali!) specjalnie nie protestowałam, kiedy ostatecznie to on miał go zagrać. Nie jest to chodzący klasyczny przystojniak, ale ma w sobie coś ujmującego, zarówno od strony wizualnej jak i aktorskiej. Not bad :)

Oczywiście przewijały się również sceny /szczególnie jedna z najbardziej oczekiwanych - w ogrodzie/ które były troszeczkę... tandetne? Ckliwe? Coś w tym stylu. O scenie pocałunku już nawet nie wspominając. Jednak i to dało się przeżyć. Myślę, że rola Mangusa Bane'a również mogła być nieco ekstrawagancka jeżeli chodzi o jego ubiór. Wyobrażałam go sobie jako szalonego klauna-czarownika, jeżeli chodzi o jego (nie)banalną garderobę (jak i charakter). No i wreszcie po przeglądzie postaci dochodzi ten moment, gdzie muszę stwierdzić, że główna rola Clary, która przypadła Lily Collins to chyba był dobry wybór. Nic dodać, nic ująć. Chociaż przyznam skrycie, że były momenty, które mnie drażniły. No i Alec, o którym bym zapomniała - świetnie dobrana rola. No i Simon... (najlepsze chyba zostawiłam na koniec) nie wiem, jak ktoś nieatrakcyjny (od strony książki) mógł być na ekranie lepszy (od strony wizualnej) od Jace'a. Wybaczcie, nie jestem w stanie rozpatrywać tego jako minus. Nie jestem w stanie! :) <ręce do góry> Nie zabrakło także momentów żartobliwych, które łapały widza na chwilę oddechu.

Podsumowując, z chęcią obejrzę ten film jeszcze raz. Może i jest to wersja typowo młodzieżowa, porównywana (z wielkim bólem dla mnie) do Zmierzchu, jednak warto chwycić przede wszystkim za książkę. Dostarcza o wiele więcej przyjemności niż tę parę minut na ekranie (dosłownie parę, bo chwila, moment - i po filmie).
Drobna puenta, która powinna kończyć wszystkie recenzje, ekranizacje książek? Książka zdecydowanie ponad filmem. Poza moją emocjonalną recenzją to jedyna pewna rzecz - na pewno ;)

ocena: sentymentalno-książkowe zawirowanie



BB Skin79, Hot Pink Collection

Nigdy nie miałam pociągu do czysto chemicznych spraw. Chemia w ogóle nie robiła na mnie większego wrażenia w szkole... Można powiedzieć, że była dla mnie wręcz nieatrakcyjna, nudna i bardziej skupiałam się na tym, aby prowadzić pięknie podkreślone tematy, niż dbać o to co działo się na lekcji. Pamiętam to jak dzisiaj, kiedy przed pierwszą lekcją chemii, wyobrażałam sobie jak co rusz trzeba będzie mieszać ze sobą różne kolorowe płyny i używać śmiesznych pipetek (do dzisiaj bawi mnie to słowo >.<), oglądać dymy, wąchać przeróżne zapachy (a raczej smrody), a może i nawet skonstruować jakiś mały, przenośny zestaw fajerwerków. No i tak ogólnie... można powiedzieć, że za dużo naoglądałam się Harry'ego Pottera w dzieciństwie. Jak wiadomo, moje 'zabawowe' pojęcie chemii rozmyło się w szkole bardzo szybko. No, ale dlaczego o tym w ogóle mówię?

Mój blog - 'dziennik zainteresowania światem', to również moje małe odkrycia, których co jakiś czas dokonuję. Takim właśnie dla mnie ostatnimi czasy stał się koreański kosmetyk, który przywrócił mi wiarę w siłę mazideł, eliksirów itp. Nie dokonuje jakiś spektakularnych rzeczy, ale zdecydowanie jest to coś niezbędnego i mile zaskakującego. Dodam, że jest to poszerzenie moich kosmetycznych horyzontów, które (swoją drogą) są bardzo wąskie. Dla mnie jest to mały BB 'eliksir' na co dzień.

Podsumowując, tak mnie zauroczył, że postanowiłam napisać o nim parę słów i trochę go 'rozsławić'. No i nie mogę sobie odmówić, napisania tego, że używając go, czuję się jak niskiej rangi czarodziej. No, ale do rzeczy.

Nie mam zamiaru opisywać każdej kosmetycznej 'przygody', którą napotkam w swoim życiu, ale takie (jak dla mnie 'rewelacje') są zdecydowanie warte opisania. Dość niedorzecznie to zabrzmi, ale dla mnie jest to także zetknięcie kulturowe (a może raczej handlowe), gdyż kraj z jakiego pochodzi ten kosmetyk, odbiega daleko od Europy.

Krem BB Skin 79, różowy ma dopasować się do każdego typu cery. W moim przypadku, sprawdza się niemal idealnie. Stapia się z naturalnym kolorytem twarzy, tuszuje przebarwienia, naczynka, zaczerwienia. Warto dodać, że nie tworzy efektu maski. Cienie pod oczami znacznie znikają, ale nie całkowicie. W moim przypadku po nałożeniu kremu widać jeszcze delikatne cienie, ale nie psuje to całkowitego efektu. Podkreśla za to naturalność cery. Szczerze? Nie chciała bym wyglądać jak porcelanowa lalka, ale po prostu dziewczyna ze zdrową cerą. I właśnie tym zaskakuje mnie koreański BB Skin79. Wreszcie producent obiecuje to, co faktycznie się później spełnia. A mianowicie, następujące funkcje: wybiela i rozjaśnia skórę, działa przeciwzmarszczkowo i ochronnie, zawiera filtr UVA i UVB (SPF 25), a także lekko nawilża.

Cena również nie jest odpychająca. Ja za swój oryginał (bo można także trafić na podróby o czym zaraz napiszę) zapłaciłam ok. 60 zł. Z tego co czytałam (i doświadczam) jest to wydajny produkt, biorąc pod uwagę fakt, że jest przeznaczony do stosowania na co dzień. Co do oryginalności kremu, warto zwrócić uwagę na tytuł ('Beblesh Balm', a nie - Beauty Balm czy też inne kombinacje tego słowa) oraz czy ma srebrną, koreańską nalepkę z tyłu. Na youtubie można znaleźć filmiki odnośnie kupowania azjatyckich kremów BB - sprawdzenia ich autentyczności.

Dlaczego ten krem, a nie inny kosmetyk BB? Garnier, Nivea, Maybelline itd. produkują kremy BB, które często niewiele mają wspólnego z ich 'oryginałami' - azjatyckimi kosmetykami BB. W dodatku nie zawsze nasze sklepowe kremy BB są atrakcyjne cenowo. Ja zdecydowałam się po wielu nieudanych próbach (pojedyncze wydatki 10-20 zł) zamienić na wyższego rzędu wydatek... i jak widać ta decyzja była strzałem w dziesiątkę :)

Kończąc ten lekko przydługawy post, zachęcam do przełamania lodów i stereotypów dotyczących Azji (to nie tylko badziewne chińskie produkty, ale także wspaniałe firmy kosmetyczne, cieszące się sławą i będące na rynku od wielu lat) i spróbowania ich sposobów na piękną cerę :)


The Bling Ring (2013)

czas trwania: 1h, 30 min produkcja: USA
I wanna rob.

Historia na podstawie prawdziwych zdarzeń.

Podeszłam do tego filmu z entuzjazmem. Krążyłam po sklepie caluteńkie 1,5h żeby poczekać na Bling Ring... No cóż, szkoda, że nie obejrzałam go w domu, bez zbędnego czekania. No, ale nie może być zawsze tak kolorowo... nawet jak się okazuje w kinie. /Chociaż obraz był dobry!/

Fabuła filmu opowiada o nastolatkach, którzy okradają celebrytów, gwiazdy w Los Angeles. Gdzieś w tej fabule z napięciem oczekiwałam obrotu akcji, coś co pozwoliło by mi poczuć chociaż małą adrenalinę, sens, jakieś moralizatorskie dno, ciekawe rozmowy, teksty... no, cokolwiek. Nawet muzyka wydawała mi się średnia na tle całego filmu, ale to chyba kwestia gustu. Jedynie co mi się podobało to gra aktorów (coś dla fanów HP - Emma Watson). Całkiem rzecz biorąc - przekonywująca. Sami bohaterowie nie porywali swoimi charakterami. O ile w ogóle można się tak wyrazić. Jak dla mnie, rozpuszczeni materialiści. Może błędem był po prostu mój niemały entuzjazm, kiedy szłam na ten film. Spodziewałam się wiele, a w efekcie po prostu żałowałam. Na pewno za jakiś czas zrobię do 'Bling Ring' drugie podejście, gdyż nie dają mi spokoju pozytywne komentarze ludzi, którym ten film jednak się podobał. Z czystej 'ciekawości'.

Jeżeli chciała bym doszukiwać się plusów to można zaliczyć, że jest to historia na podstawie  faktów. Po cichu, liczyłam, że mogły to być jeszcze stylizacje, jednak nic nadzwyczajnego nie przykuło mojej uwagi. Podsumowując, jeżeli macie trochę czasu 'do zabicia' to można z braku laku zajrzeć, jednak (moim zdaniem) nie spodziewajcie się żadnych fajerwerków w postaci refleksji czy zauroczenia... nic takiego w moim przypadku (niestety) nie nastąpiło.

ocena: LA na zabicie czasu



Norwegian Wood - Haruki Murakami

Wkrótce nadszedł sen i zamknął za mną ciężką, ołowianą bramę - po drugiej stronie snów nie było.


Pokusiłam się o następną książkę wyżej wymienionego autora. Zaczynam myśleć, że powoli uczy mnie dorosłego życia, pokazuje rzeczywistość, klepie po plecach i mówi, że takie właśnie życie jest. I choć nigdy nie byłam przykładną uczennicą, to w tej relacji chcę być szóstkowa, bo chłonę książkę za książką... i nie czuję się znużona. Wręcz przeciwnie, szczerość jego słów wyjątkowo do mnie przemawia, i mam ochotę brać garściami to co do mnie mówi - a raczej pisze. Fabuły niezbyt się różnią, jest to historia ludzi, którzy napotykają na dołki emocjonalne, przeciętne życie, próbują być po prostu szczęśliwi, ułożyć los tak jak oni by chcieli. Targają nimi miłości i straty. A gdzieś, właśnie w tym wszystkim kryje się coś wciągającego, tajemniczego, ciekawego... a przede wszystkim szczerego. Chyba to najbardziej podobało mi się w jego książkach. Fakt, że były wiarygodne. Nie wiem, co mogła bym jeszcze napisać. Nie jestem pewna czy sięgnęłam bym po nie (na razie te dwie) jeszcze raz. Wydaje mi się, że jest to jednokierunkowa przygoda, a do takich raczej nie należy się cofać. Trzeba je po prostu przeżyć i odpuścić. Iść naprzód. Wracać do nich myślami. Melancholijnie, ale przyjemnie. Widać, melancholia też może być miła dla duszy... albo jakbym pospiesznie i na odczep powiedziała 'spoko'. Myślami, na pewno jeszcze do niej wrócę.

Świetnie dobrana, kolorystyczna seria i styl okładek - Agnieszka Spyrka. Dzięki tej Pani, uwielbiam się gapić na same okładki tych książek.

ocena: Murakami(logia) w dobrym stylu

PS No proszę, film Norwegian Wood też jest... no to muszę, te sławne Great Gatsby i inne hitowo-kinowe relacje odłożyć na boczek :>

Na południe od granicy, na zachód od słońca - Haruki Murakami

Udawaj, żeś szczęśliwy, gdy ci smutno
To nie takie trudne


Nie wiem co się stało, że po tak długiej przerwie z książkami, nagle weszłam od 'tak sobie' do biblioteki i wyszłam z książką japońskiego, znanego już od jakiegoś czasu w Polsce pisarza. Pierwsza moja myśl była taka, że nachalnie wparuję po którąś z powieści Nicholasa Sparksa, której jeszcze nie miałam okazji przeczytać. Pierwotnym planem była wzruszająca historia, coś co mogła bym kojarzyć z ciepłem, latem, może i nawet lekką beztroską. Trochę zawsze staram się 'zamydlić' wspomnienia lata, takimi  właśnie powieściami. Nie wiem w każdym razie, czy to moja pewnego rodzaju 'ułomność' (powinnam umieć alfabet od przedszkola - tak myślałam) ale nie mogłam znaleźć w bibliotece literki 'S', więc jakoś wylądowałam przy 'M', wybrałam najcieńszą pozycję (co by na sam początek, nie zmęczyła się przekładaniem stron) i powędrowałam do markotnej Pani za komputerem. I tak właściwie rozpoczyna się przygoda z książkami Haruki Murakami'ego. I chyba dobrze, że wreszcie ktoś mi daje małego, życiowego kopa i pokazuje poprzez słowa, że nie ma krótkich odpowiedzi na pewne pytania. Czy istnieje miłość i spełnienie idealne?... I po tej książce mój mózg zaczyna wirować. Tak, wirować. Jak pralka. W dodatku z tych lepszych modeli. Ale które za to częściej się psują. Szczerze polecam tę książkę, może nie każdy jest w stanie ją polubić, ale mam wrażenie, że daje coś ważnego, takie wyjęte z życia, doświadczenie na papierze. Czyta się tak jakby piło się herbatę, po mału, bez wysiłku, ale z esencją. Z góry (a może raczej z dołu?) przepraszam za wszystkie mechaniczno-herbaciane metafory... pssst! i jak mam okazję lekki brak nieobecności :)

ocena: lekkie pióro z siłą indywidualnego przekazu

Sugar Man (2012)

czas trwania: 1h, 25 min produkcja: Szwecja,
Wielka Brytania
I wonder, I wonder, wonder I do

Zdecydowanie, osoba godna zapamiętania. Artysta - słowo, które w tym przypadku, potrafi jeszcze zaskoczyć, wzruszyć i zadziwić. Gdzie nagle - przynajmniej ja - odkrywam w sobie gdzieś dawną zakurzoną pokorę, widząc życie innych ludzi. Staję się nagle taaaaka malutka i wstyd mi przerywać historię tego człowieka, tylko po to żeby udać się po szklankę soku... Respekt. Chyba to właśnie czułam.

Krążą różne spekulacje na temat samego wykonania filmu, faktów, kontekstu wypowiedzi, jej formuły i sposobu ukazania tej historii. Jednak dla mnie, kluczem była sama postać. Spróbuję, więc trochę się oderwać i nie inwigiliować w zawiłości tychże spekulacji... Gdyż specem biograficznym nie jestem, a główną motywacją do 'zrecenzowania' Sugar Man'a jest przede wszystkim jego główny bohater - Rodriguez. Zastrzegam sobie zatem emocjonalną sieczkę w mojej głowie.
Na samym początku miałam wrażenie, że oglądam thriller. Początek dokumentu wrzuca mnie w dość ciemne uliczki, dym, mroczne klimaty (trochę fantazja mnie ponosi) i ukazuje ludzi, którzy wypowiadają się na temat osoby, której zupełnie nie znam... Co najwyżej z plakatu, bo nawet nie z opisu. I tutaj zaczyna się rodzić tajemnica artysty, którego muzykę jak i życiorys stopniowo, ale w małej dawce, co rusz się odkrywa.

Są momenty w moim życiu, które bardzo cenię, m.in. momenty autorefleksji przy filmie czy też książce. Oczywiście nie zawsze te melancholijne, ale również pozytywne, które nawiedzają człowieka i dają świeże, pogodne spojrzenie na życie. I taka jest właśnie moja osobista opinia odnośnie tego filmu. Wiara w to kim jesteśmy, co chcemy robić, w swoje wartości. Niesamowity jest fakt, jak może jeden człowiek, dać taką inspirację rzeszy innych ludzi, poprzez swoją muzykę, dając kopa zarówno do działania, jak i znów - do wiary, a także dostarczając mocy i sił, aby walczyć o to, co jest dla nas ważne. Zupełnie jakby były to baterie, które można codziennie wymieniać.

Wiele nieporadnie, napisanych słów wcisnęło mi się na klawiaturę... ale muszę przyznać, że nie umiem oddać w stu procentach tego co czułam. 'Prawdziwa historia, która wzrusza do łez' - dosyć banalne, ale może po trochu prawdziwe. Jeżeli macie ochotę na kino, które dostarczy wam wyrwaną kartkę z przeszłości, historii życia artysty (zupełnie nie wiem, skąd mi się biorą te wybujałe metafory O.o) to polecam serdecznie ten film. Relaks i inspiracja zagwarantowane.

Ocena: niezwykła historia z życia wzięta, od zaraz


Dziewczyny / Girls (2012) - TV Series

czas trwania odc: 30 min produkcja: USA
sezon: 1, 2
Living the dream. 
One mistake at the time.

Serial, który pochłonęłam w tydzień? Może, półtora. Na początku miałam do niego podejście czysto zabawowe, relaksacyjne, nie licząc przy tym na wielkie zachwyty... i nie myliłam się w tym. Popełniłam jednak ogromną pomyłkę, sądząc, że jest to kolejny serial zupełnie 'bez charakteru' dla nastolatek oraz młodych ludzi wkraczających w dorosłość... a właśnie charakter i zamysł bohaterów to jest jedna z tych rzeczy, czego moim zdaniem, jak najbardziej  nie można mu odmówić.

Dwa sezony już za mną i z niecierpliwością, czekam na kolejne, nowe odcinki. Do napisania tej mini-recenzji (tak, tak, nie kokietuję... mógł być ten post znacznie dłuższy), zabierałam się jakieś parę dni po obejrzeniu 1 sezonu, nie wiedząc za bardzo w jaki sposób chciała bym tą telewizyjną 'nowinkę' ocenić. Na szczęście, utwierdziłam się w swojej decyzji po 2 sezonie...

Pierwszy raz spotkałam się przed telewizorem z produkcją, której twórcą jest tak młoda dziewczyna - Lena Dunham (to ta obok, na plakacie, druga od prawej) Jednocześnie gra i reżyseruje w swoim własnym serialu. I dzięki temu, nadaje mu nie tyle co osobisty wymiar, co dokładnie własną wizję tego jak ma to wszystko wyglądać. I warto przy tym również zaznaczyć, że Girls nie jest do końca 'poprawne' (jakkolwiek by to nie ująć), bo jak sama reżyserka zaznacza  w wywiadach - to co powinno być zakryte, jest w tym serialu zdecydowanie odsłonięte. I w tym przypadku jest to dosłowna nagość, nie żadnej supermodelki rodem z Victoria Secret's, ale dziewczyny, która ma parę kilogramów więcej.

Żeby nie było, że seks jest jedyną dźwignią handlu (chociaż gołe tyłki, przyciągają pewnie najbardziej) to muszę powiedzieć, że produkcje HBO kuszą nie tylko intymnością swoich widzów, ale również po prostu miłym kinem - Czysta krew, Gra o tron, Girls. I przyznaje, jak do tej pory nie można się rozczarować. No ewentualnie z tym pierwszym, wymienianym serialem, mogło by być małe zrzędliwe trele-morele... to jednak mimo wszystko, lubię te trzy HBO'wskie tytuły.

Dziewczyny nie jest to wybujała produkcja mająca zachwycić najbardziej wymagających krytyków. To zabawna historia, skupiająca się na grupie bohaterów i ich życiowych powikłaniach. Pełna szybkich numerków, mało opłacalnych i ambitnych prac, ciągle krążąca gdzieś w chmurach i trzaskająca co jakiś czas o rzeczywistość. Nie każdy jest w stanie zrozumieć siebie, a co dopiero innych... przyjaźnie, rozstania, powroty, ciągle coś się dzieje. Nie brak tu także ukrytej gdzieś ironii i ukazania, że nie taki ten piękny świat jaki się wymarzy w swojej głowie. A te amerykańskie idealne, magazynowe kształty i lśniące, białe zęby to nie plaga, a jedynie pewna grupa ludzi. Bo tutaj stawia się na 'REALITY' i 'LIFE IS HARD', a nie na 'PERFECT LIFE WITH PERFECT HAIR'.

Ocena: relaksowe love


PS No i ścieżka dźwiękowa w Dziewczynach, od czasu do czasu wpadała mi w ucho :)

Słowa / The Words (2012)

czas trwania: 1h, 36 min produkcja: USA
We all make difficult choices in life. 
The hard thing is to live with them.

Właśnie takich filmowych momentów na swojej równie 'filmowej kanapie' z napięciem wyczekuje... kiedy po wielu produkcjach - zabawnych, smutnych, cudownych, podobnych do siebie, tandetnych, zupełnie różnych, inspirujących, natrafiam właśnie na TAKI film, który zdecydowanie mnie czymś urzeka... I daje dodatkowe pole mojej wyobraźni. I to właśnie ten typ, jeden z wielu, który jak najbardziej mi odpowiada.

Nie jestem fanką Bradleya Coopera. Ups. Ugly truth, ale tak właśnie jest. I może jego udział w Kac Vegas i Poradniku Pozytywnego Myślenia da się jeszcze jakoś przeżyć to jednak muszę przyznać, że w żadnych stopniu nie przyciąga mnie do ekranu. Ani grą aktorską, ani wizualnie. Z kolei, film The Words obejrzałam z niekłamaną przyjemnością. I to chyba na nim trzeba by się skupić...

Historia w filmie jest według mnie oryginalna i dość pomysłowo przedstawiona. Dobrze ukazane są emocje i problemy z jakimi musi borykać się młody pisarz... brak weny czy niewystarczające umiejętności mogą popychać do robienia różnych rzeczy... 'niestosownych' patrząc z punktu widzenia artysty. Czasami mozolne starania i ciągłe dążenie do celu to nie wszystko. Trzeba dokonywać trudnych wyborów - wyboru, który kiedyś może powrócić jako stłumione niegdyś sumienie, które nie chce dać spokoju. Czy warto kreować siebie i dążyć do celu, mając jednocześnie świadomość, że nigdy nie dogoni się własnych marzeń? Jaki to ma sens? Czy można ukraść czyjeś emocje i wspomnienia? Tego dowiedziecie się podczas tej 1h, 36 min.

To co w tym filmie, zaciekawiło mnie najbardziej to fakt, jak trudno być spełnionym, docenionym artystą. W pewnym sensie jest skazany na wielką niewiadomą, na loterię, gdzie cierpi się na pewnego rodzaju 'wyjątkowość' i brak zrozumienia. Gdzie kreuje się własny świat, który nie każdemu się podoba. Często także i samemu autorowi. Ciągłe dążenie do perfekcji i samozadowolenia. Osamotnienie, bo tylko on w stanie jest to zrozumieć i cokolwiek zmienić.

Cała aranżacja i sposób przedstawienia tej historii jest przyjemna w odbiorze. Nic nie razi, ogląda się 'gładko', jak dla mnie z zaciekawieniem. Film dający do myślenia, pobudzający umysł do refleksji. Pouczający, które zostawia 'wolne pole' dla widza. Jeżeli macie wolny, obojętnie jakiej pory roku, wieczór to warto sobie zarezerwować miejsce siedzące z gorącym kubkiem herbaty właśnie na ten film, tak więc serdecznie polecam :) Warto także napisać, że fabuła The Words jest oparta na niemieckiej noweli Lila, Lila Martina Sutera, wydanej w 2009 roku. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wyłowić tę książkę ;)

Ocena: ciekawy film z nutą uroku




PS Ben Barnes - call me, wife!
PS2 Wiosno, wiosno... no choć już, no

Downton Abbey - chic, style and elegance

Lady Mary & Matthew
I choć obejrzałam zaledwie parę odcinków emitowanego na TVP1 Downton Abbey to już stwierdzam, że nie jestem w stanie  do końca nasycić się widokiem pięknych kostiumów i kreacji zrobionych na potrzebę tego serialu. Postanowiłam więc, że nie będę dzisiaj aż taka chytra (brawa) i podzielę się tymi poniekąd dla mnie również inspiracjami, o właśnie tutaj, na blogu.

Świra na punkcie lat 20, AŻ TAKIEGO nigdy raczej nie miałam... ale obok szyku, stylu i elegancji, trudno obejść bez westchnienia. Ja nie wiem, czy jestem posiadaczką takiej starej, zakurzonej duszy (hohoh, chociaż lepiej szafa by się taka przydała), ale czasami mam wrażenie, że tego, w dzisiejszych czasach brakuje... takiej elegancji na co dzień. Może niewygodnej, trudnej, sztywnej, ale jakże szykownej i celebrującej życie. I w tym ostatnim, czuję, że wcale nie przesadzam! Może faktycznie starość szybciej mnie dogania niż myślę. Może ze złej strony patrzę na to wszystko... bo ubiór jednak nie stanowi o człowieku. I może po prostu nie mam racji, ale pomiędzy dokładnością w modzie, kolorami, dodatkami dostrzegam po prostu jakieś 'drugie dno' - wysiłek, artyzm, dokładność, kulturę. Dlatego z przyjemnością oglądam ten serial podziwiając te wszystkie kostiumowe cuda i wplątując się przy tym w spiski jego bohaterów.

Zawsze wydaje mi się, że te kostiumy autentycznie dodają urody. Każda z kobiet, którą widziałam do tej pory, w tym serialu była... po prostu ładna. Strój stał się dodatkiem do wizerunku, znaczącym 'zabiegiem upiększającym'. Każdy wzór, wcięcie, kolorowe błyszczące elementy, kapelusze działają niczym operacje plastyczne. Na koniec stwierdziłam, że nawet starsza kobieta jest w gruncie rzeczy niezwykle elegancka, majestatyczna... i urodziwa. I nie zrozumcie mnie źle. Wszystkie po prostu wydają mi się równie ładne w swoich strojach. Gracja, klasa i wizerunek... lata 20, jesteście niezwykłe :)

Każdemu stanowisku w Downton Abbey odpowiada określony wygląd. Na pierwszy rzut oka, widać kto, komu usługuje - mam na myśli służące, lokajów itp. Jednak nawet służąca, jeżeli chodzi o modę nie traci swojego uroku. Minimalistyczne, czarno-białe stroje i delikatne pudrowe suknie. Przyznam, że mogła bym w takich 'ciuchach' krążyć po pokoju całymi dniami. Podsumowując, zdecydowanie jestem za szykiem, stylem i elegancją nie tylko od święta, ale i na co dzień. Nawet jeżeli miała bym wyglądać jak dawna 'kelnerka' ;)


kapelusze Lady Mary  (myślę, że powinno to być osobną dziedziną sztuki)














Downton Abbey's Costume Designer - Caroline McCall

Wesołego Alleluja! ...i mazurek królewski

Myślę, że nie będę już miała okazji złożyć Wam życzeń wielkanocnych, więc chętnie zrobię to teraz... i przy okazji dołączę do tego postu, moją iście słodką wizję tegorocznego mazurka. Tak jak rok temu, dzień przed Wielką Nocą zabieram się za to słodkie cudo, które przygotowuję przede wszystkim dla oka (haha), ale (nie oszukując się oczywiście) również dla podniebienia ;) Tak, więc przedstawiam:

Mazurek królewski

37 dag mąki pszennej
35 dag masła
12 dag cukru pudru
12 dag obranych i zmielonych migdałów
odrobina skórki otartej z cytryny
4 żółtka z jaj ugotowanych na twardo
surowe żółtko
aromat waniliowy
szczypta soli

Masło utrzeć na puch. Dodać cukier, przetarte przez sitko żółtka i resztę składników. Zagnieść ciasto i zostawić na godzinę w chłodnym miejscu. 2/3 ciasta rozwałkować na grubość palca i ułożyć na blasze wymarowanej masłem i posypanej lekko, mąką.
Układamy kształt który nam odpowiada - dla mnie to owalny kształt, ale oczywiście może być to również kwadrat czy prostokąt. Z pozostałego ciasta utoczyć wałeczki, o grubości ołówka i ułożyć 'ramkę' na mazurku. Posmarować rozmąconym żółtkiem i upiec w nagrzanym już wcześniej piekarniku. Dopiero kiedy ciasto całkowicie ostygnie, wylać polewę i ozdobić według swojej artystycznej wizji ;)

Wskazówka: pieczenie mazurka to dosyć krótki okres czasu, 5-8 min. w zależności od temp. i piekarnika. Dlatego należy ciągle go doglądać, żeby nie skończyło się to kulinarną tragedią.



Z okazji świąt Wielkiej Nocy,  
życzę Wam przede wszystkim żeby oprócz jedzenia, pisanek, zajączkowych-prezentów, bazi itp. nie zabrakło także głównego sensu ich przeżywania... zmartychwstania Jezusa.

Żebyśmy nie poddawali się i nadal próbowali 'dotykać rąbka tajemnicy' na nowo. Tym, którzy jeszcze nie chcą 'tykać' (nawet kijem) wiary w Boga, żeby w końcu przełamali się, choćby z czystej ciekawości. 

Aby dzień bardzo radosnego Alleluja! przenikał nasze szare i gorsze dni. Żebyśmy nigdy nie tracili wiary, nadzei, miłości... i odwagi. Odwagi, która pomoże nam stawiać w  życiu, coraz pewniejsze, bardziej doświadczone kroki :)

Pęknięcia / Cracks (2009)

czas trwania: 1h, 44 min produkcja: Francja,
Hiszpania, Irlandia, Szwajcaria, Wielka Brytania
Innocence isn't lost. It's taken.

Lata '30, ubiegłego wieku. Elitarna, angielska szkoła dla dziewcząt.

Pęknięcia, film zdecydowanie wart uwagi, który zapadł mi głęboko w pamięć. Powód? Świetna kreacja aktorska Evy Green. I w sumie na tym bym mogła poprzestać... ale (to nieszczęsne 'ale') kryje się w nim historia, która daje do myślenia. I to jest właśnie ten typ dramatu-thrilleru, który zdecydowanie najbardziej lubię. Niby wszystko z pozoru toczy się normalnie, aż kroczek po kroczku, możemy obserwować jak sytuacja się komplikuje. Jak bohaterowie są sami skonsternowani, tak jak ja przed ekranem. A w centrum filmu, ciągle ta sama główna postać - w tym przypadku, nauczycielki, w którą wcieliła się piękna (jak i zarówno zdolna) aktorka Eva Green. Pytanie, co możemy wyczytać na twarzy nauczycielki - panny G? Jaki prawdziwy charakter skrywa w sobie? 

I tutaj zaczyna się prawdziwe dochodzenie, które będziecie mogli sami spokojnie prześledzić w momencie kiedy do tej angielskiej, elitarnej szkoły przyjeżdża nowa uczennica (aktorka - Maria Valverde, być może znacie ją z takich 'hitów' jak Trzy metry nad niebem). I szybko stawia wysoko poprzeczkę innym koleżankom. Jaki wpływ będzie miała na nią nowo poznana nauczycielka? A raczej, jak uczennica poradzi sobie z wpływem panny G?

Trudno coś napisać, nic nie zdradzając... dlatego myślę, że pozostawię tutaj pustą dziurę. Nie przesadzając, Pęknięcia to nie jest oczywiście film z cyklu Sherlocka Holmes'a, ale bardziej do obserwowania przebiegu wydarzeń i emocji. Jak szybko idealny obraz jest w stanie się rozpuścić? Jak szybko wyobrażenia o osobach, tryskają jak bańka mydlana? I jaki, w konsekwencji może sprawić to ból? Jeżeli macie ochotę na dobre kino, z dobrą grą aktorską i nie przeszkadzają wam wszelakie zakończenia to szczerze polecam.

Również POLECAM nie oglądać traileru, a zasiąść bezpośrednio do filmu, bez kinowych 'migawek'. No, ale jak kto woli. Dodała bym, że jest to również dramat psychologiczny.

Ocena: mały 'sherlock' z świetną kreacją aktorską

Nietykalni / Intouchables (2011)

czas trwania: 1h, 52 min produkcja: Francja
Sometimes you have to reach into someone else's world to find out what's missing in your own.
 
Nietykalni jest to film oparty na prawdziwej historii. 
Jego głównymi bohaterami są mężczyźni, których łączy po prostu przyjaźń, jaką udaje im się nawiązać w dość niecodziennej sytuacji... a przede wszystkim trudnej (albo i nie) dla widza.
Bogaty Paryżanin - Phillipe, jest sparliżowany i szuka opiekuna. Niespodziewanie (tak jak w życiu i filmach) zostaje przyjęty do pracy młody chłopak o niezbyt dobrej reputacji... Jednakże pomimo różnic materialnych, wieku jak i charakteru,  zaczyna ich łączyć nić porozumienia.

Przez parę minut bezczynnie gapiłam się na monitor, bo coś chciałam napisać na temat tego filmu, ale do końca nie wiedziałam co... No i jakoś samo przyszło. Nietykalni to kolejny dowód na to, że najlepsze scenariusze pisze życie, a pozytywne aspekty życia - uśmiech, życzliwość, pomoc, zrozumienie, empatia - to 'towar', który całkiem nieźle sprzedaje się na ekranach kin. Nikt nie jest w stanie pomóc bardziej człowiekowi niż uśmiech osoby, która go rozumie, z którą czujemy się dobrze, bez względu na to co dookoła nas się dzieje. Życie od razu staje się bardziej znośne. W tym filmie, nie chodzi o bariery, różnice, dramaty, smutek, niesprawiedliwy świat, ale o radość czerpaną ze swojego życia. I o to, z kim będziemy brać pełne hausty powietrza, a to zależy tylko od nas. Ciepła, zabawna historia, dystansu do samego siebie, wiary w ludzi i fakt, że życie stale się zmienia. Na gorsze, na lepsze, ale zawsze możemy doświadczyć czegoś co da nam pozytywną energię i pozwoli działać. Życzliwi ludzie wokół nas są na to idealnym przykładem i mogą to tylko potroić.  
 
Omar Sy & François Cluzet
Aktorstwo - znakomite; były momenty, które naprawdę mnie rozbawiły, a warto przyznać, że tylko czasami zdarza mi się zaśmiać, oglądając jakąkolwiek komedie. Powiedziała bym nawet, że całkiem zabawny ten pół-dramat (co jest oczywiście, samo w sobie trochę sprzeczne). Gdzieś bowiem znika otoczka kaleki, przywiązanego do wózka (nie przeczę, że jest to także kwestia pieniędzy, ale nie o to w tym filmie raczej chodzi). Zamiast tego, wyzwala się niesamowita energia, śmiech i zwykłe ludzkie odruchy, dawne przyzwyczajenia, odkrycie, że człowiek się przecież nie zmienia, ale to sytuacja zmienia się wokół niego. Kwestia czasu, siły woli i odwagi, żeby świat nabrał tych samych dawnych kolorów.  I stanie się to w Nietykalnych przede wszystkim, dzięki drugiej, pozytywnie ześwirowanej osobie obok.

Jeżeli miała bym kierować się oceną na filmwebie, to nie była by ona, aż tak wysoka. Moim zdaniem, film jest dobry, ale zarówno jak inne, które przy odrobinie starań można by wyłowić w internecie. Nie jest to arcydzieło kina, ale (znów) jego bardzo dobry wstęp. Jednak z drugiej strony, tak 'dobrych' filmów - i w sensie wykonania, jak i po prostu mentalnym - powinno być jak najwięcej. Szczególnie, gdy można jeszcze przeczytać, że taka historia wydarzyła się naprawdę, co chcąc czy nie chcąc, człowiekowi (czyt. mnie) przywraca na nowo nadzieję, że jest to możliwe... że takie historie, po prostu jeszcze są możliwe. I mogą stać się inspiracją dla innych.

Ocena: bardzo dobry wstęp do dobrego humoru

Jeden dzień / One day (2011)

czas trwania: 1h, 48 min produkcja: USA
Whatever happens tomorrow, we've had today.

O właśnie tutaj, kiedyś, wspominałam na temat tego filmu. Jak to w życiu bywa, ludzie czasami są hipokrytami i ja jako osoba obiecująca, że 'leniwie zabieram się do czytania książek, których nawet nie dotknęłam, a widziałam ich adaptacje serialowo-filmowe' muszę przyznać, że okropnie skłamałam. Przed dłuższym, kilkugodzinnym momentem skończyłam bowiem czytać Jeden dzień Davida Nichollsa. Książka taka, jaką z pewnością napisało by prawdziwe życie - gdyby tylko było konkretną osobą i oczywiście miało parę dobrych długopisów pod ręką. Dobrze, że był to pisarz David Nicholls (ale jak widać kreator także filmu; scenarzysta)...
Wracając do mojego 'haniebnego uczynku'... Zdarzyło mi się obejrzeć One day jakoś pół roku temu czy nawet dłużej. Później w jakiś naturalny sposób, pożyczyłam ją i parę miesięcy później skończyłam czytać (no może ta 'leniwa', długa przerwa pomiędzy filmem, a książką nie jest, aż taka naciągana). I od razu po jej przeczytaniu nabrałam ogromnej chęci, żeby znów obejrzeć ten film. I nie rozczarowałam się, ani za pierwszym, ani za drugim razem. Muszę przyznać, że byłam zdziwiona swoim zainteresowaniem - zwykle, kiedy mniej więcej wiemy co się wydarzy, czujemy się jakoś przygotowani. A tutaj zdziwienie... bo jednak widziałam go, a teraz zamiast czekać na dawny replay historii to okazuje się, że na nowo śledzę postaci, które znam z książki, a z drugiej strony chcę zobaczyć czy ich losy, aby na pewno tak się potoczą... trochę w tym wszystkim było niedowierzania. Cóż, dziecinne... ale przynajmniej nie poczułam się w żadnej minucie znudzona filmem.

Anne Hathaway

Aktorzy, muzyka, sceneria, fabuła. Wszystko się zgrało w pięknie opowiedzianą historię, przede wszystkim życiową, a nie wyjętą z cukierkowych bajek. Nie jest to ckliwa historia, gdzie aktorzy 'musują' siebie wzrokiem przed całe dwie godziny... Jedyne takie osoby, które są w stanie wytrzymać ogromną dawkę 'cukierkowych' produkcji: wielkich słów miłości, przytulania, ściskania, wymieniania płynów ustrojowych (patrz: usta-usta) są niepoprawne romantyczki (co ja tam będę się wstydziła, czyt. ja) One day jest to kino, na które może przysiąść każdy, m.in. w następujących kombinacjach: dziewczyna, chłopak czy chłopak z dziewczyną. Gorzej z przyjaciółmi różnej płci, wtedy mogło by się zrobić trochę 'awkward'... ;)

Tak czy owak, historia miłości dwojga ludzi, którzy pragną być przede wszystkim szczęśliwi w życiu, a zarówno brakującym elementem jak i głównym składnikiem szczęścia są właśnie... ludzie. Dobry film na podstawie dobrej książki.

Ocena: bardzo dobre, dla realistów i cichych marzycieli